[Rozmowy #16] Ola Rozlepiło – Siła Przyciągania Marzeń, Czyli Jak Zamieszkać W Dubaju, Indiach, USA i Szwecji

Opublikowane przez Martyna Stepek w dniu

11 min czytania

Ola to chodząca energia, a pierwsza rzecz, jaką się zauważa to jej szeroki od ucha do ucha uśmiech. Znamy się z liceum, gdzie Ola niestrudzenie załatwiała wszystkie trudne sprawy w imieniu całej naszej klasy, używając dyplomatycznego: „wie pani, bo jest taka sprawa…

Patrząc na to, jakimi drogami prowadzi ją życie przez ostatnie lata, musiałam zaprosić Olę do Rozmów, żeby jej dobra energia mogła nieść się dalej.




[Martyna] – Ola, jak to się stało, że mieszkałaś już w tylu miejscach? Od Dubaju, przez Indie i Kolorado w Stanach aż do Szwecji?

[Ola] – Przyjechałam na wakacje do Szwecji i przez zupełny przypadek natknęłam się na ogłoszenie o pracy.

Praca dotyczyła opieki nad chłopcem z autyzmem, a że skończyłam specjalną pedagogikę, a to były wakacje, zaraz przed obroną dyplomu i już w sumie wszystko było skończone, więc pomyślałam: czemu nie?

Szczególnie, że w tamtym czasie mój szwedzki był zerowy, a ta praca była tylko i wyłącznie po angielsku, chociaż miała taki jeden warunek…

[Martyna] – Coś czuję, że to właśnie ten warunek miał duży wpływ na wszystko, co zdarzyło się później.

[Ola] – Tak. Warunek był taki, że… Czasami trzeba było zmienić miejsce zamieszkania przy okazji podróży tego chłopca.

Napisałam więc e-mail, poszłam na tzw. interview i po 2 dniach byłam już w pracy. A po 2 tygodniach siedziałam w samolocie do Indii.

Tam był nasz pierwszy przystanek. Po 4 miesiącach przenieśliśmy się do Dubaju, pózniej było Kolorado, a na końcu zdecydowałam się zostać w Szwecji, kiedy zakończyłam pracę.


To była okazja 1 na milion – tak wtedy myślałam – żeby gdzieś pojechać i coś zobaczyć. Teraz wiem, że okazje stwarzamy sobie sami, jeśli tylko tego chcemy.

[Martyna] – Pamiętasz ten pierwszy moment, w którym zetknęłaś się z całkowicie nową kulturą? Co sobie wtedy myślałaś?

[Ola]- Pewnie, że pamiętam! Pomyślałam sobie: mój Boże, co ja tutaj robię?!

Indie to był szok. Wiesz, jak wyrwiesz się z wioski, która ma 150 mieszkańców do miasta to wtedy jest już szok. A jak całkowicie zmienisz kulturę, cywilizację? Ciężko się odnaleźć na początku.

Indie były właśnie takim miejscem, że często nie wiedziałam, co i jak. Chociaż w takim wypadku najlepiej podążać za tłumem. Nie zapomnę, jak raz wyszłam do miasta – chociaż to trochę za duże słowo – ale wyszłam się przejść i oczywiście mimo upału, miałam na sobie długie spodnie, choć leginsy. Zaczepiła mnie starsza pani w sari, typowym stroju dla indyjskiego regionu Kereli i mówiąc perfekcyjnym angielskim, przedstawiła się, powiedziała, że mieszka na stałe w Anglii, jest profesorem na uczelni, a tu wraca do domu. I mówi, że zdaje sobie sprawę, że może to być dla mnie dziwne, ale mężczyźni tutaj nie są przygotowani na taki widok (wciąż mówimy o leginsach) i lepiej będzie dla mojego własnego bezpieczeństwa i samopoczucia, jeśli się przebiorę.

Przeprosiła mnie przy okazji za zwrócenie mi uwagi, ale nie było za co przepraszać. Byłam jej wdzięczna za radę i wtedy też wróciłam do domu, zabrałam swoją sąsiadkę i poszłyśmy na zakupy. Od tej pory chodziłam tylko w typowych dla tego regionu i dziewczyn ubraniach.

Indyjskie smaki – ryż, banany i curry.

[Martyna] – A jakie są Twoje wrażenia z czasu, kiedy mieszkałaś w Dubaju?

[Ola] – Ach, Dubaj to było coś zupełnie innego! Po 4 miesiącach w Indiach i braku wszystkiego – łazienki, czasami prądu, kiedy były monsuny, internetu (tu też brak kontaktu z rodzicami), normalnego jedzenia (ryż, banany i curry na okrągło) – w Dubaju masz wszystko jak na talerzu. Co tylko zapragniesz! I wpadłam jak śliwka w kompot. Tam odnajduję się bez najmniejszego problemu, tam mogę jechać choćby jutro i bedę czuć się jak w domu.

Wychodziłam ubrana tak, jak chciałam, kupowałam to, co chciałam i wracałam, kiedy miałam ochotę (mimo tych wszystkich mitów, jak to rygorystycznie tam jest). Pokochałam Dubaj całym sercem i wracam tam tak często, jak mogę, mam tam znajomych i przyjaciól z Polski i z Emiratów i wiem, że zawsze mogę na nich liczyć.

[Martyna] – A wrażenia ze Stanów?

[Ola] – W Stanach po wylądowaniu pierwsze, o czym pomyślałam to, że nie jest tak jak w TV, na pewno nie! Nawet kiedy poszłam do ambasady USA na wywiad przed przyznaniem wizy, powiedziałam, że nie mam swojego American Dream i jadę tam, bo muszę…

Czas w Kolorado wypadł na jesień i zimę. Pięknie, aczkolwiek pogoda daje o sobie znać. Wszystko było tam duże, chociaż budynki nie aż takie duże jak w Nowym Jorku. Ale ludzie byli duzi, samochody duże, porcje w restauracji były duże – wszystko jakby większe trzykrotnie niż to, co znałam.

Mieszkańcy byli mili, uczynni, bardzo prości, może niekiedy aż za bardzo, ale jakoś to wszystko wpisywało się w ten krajobraz. Ale Stany nie zaskoczyły mnie niczym, nie było tam takiego przepychu, o jakim nauczeni jesteśmy myśleć. Czuć było marihuanę na każdym kroku, bo Kolorado to jeden z tych stanów, gdzie marihuana jest legalna w leczniczych dawkach.

[Martyna] – Zawsze marzyłaś o tym, żeby na stałe zamieszkać za granicą?

[Ola] – Zupełnie nie! Pamiętam jak na studiach mieliśmy lekcje angielskiego i mimo, że nie byłam jakimś super orłem to jedyna z grupy rozmawiałam z panią profesor po angielsku. Chyba nie chciałam, żeby rozmawiała sama ze sobą, jakoś mi było szkoda, żeby jej wysyłki były niedocenione. A ona naciskała i naciskała, żebym mówiała więcej i płynnej, bo to mi się kiedyś przyda…

Mówiła: zobaczysz, jeszcze będziesz potrzebowała się dogadać! A ja na to, że nigdzie się nie wybieram! Zostaję w Polsce, pewnie otworzę jakąś firmę i bedę sobie tutaj dobrze żyć, a jeśli zdarzy się, że wyjadę do pracy to tylko i wyłącznie na wakacje, a jedyne, co mi będzie potrzebne to 3 słowa: woda, gąbka i płyn do naczyń, bo pewnie wyląduje na zmywaku, więc po co mi więcej?

I tak po 3 miesiącach od tego siedziałam ze słownikiem do angielskiego i uczyłam się medycznych terminów potrzebnych do pracy.

[Martyna] – Bałaś się tych wszystkich zmian? Skąd wzięłaś odwagę, żeby zmierzyć się z nieznanym?

[Ola] – Wiesz co, nie wiem czy się bałam… Chyba raczej byłam ciekawa i może najbardziej zdeterminowana, żeby gdzieś pojechać, bo tak jak już mówiłam – myślałam, że taka okazja może się już nie trafić. To był jeden z głównych argumentów, który miałam, żeby przekonać moich rodziców.

Wiesz, wizja była taka – jedynaczka jedzie na drugi koniec świata i nie wiadomo, kiedy wróci. Czy na święta, czy na wakacje, za tydzień, a może za dwa? To było największe wyzwanie, żeby przekonać rodziców, że wszystko będzie dobrze, mimo że sama tego przekonania nie miałam, no bo i skąd?

Ale tak bardzo tego chciałam, tak bardzo chciałam gdzieś pojechać, coś zobaczyć, doświadczyć czegoś innego, że to się w końcu stało i to w dużej mierze dzięki tobie. Bo nie wiem, czy pamiętasz, ale ja po twoim wyjeździe na stypendium do Indonezji, byłam tak zazdrosna, ale nie w złym tego slowa znaczeniu. Ja się cieszyłam. że znam kogoś, kto był tak daleko i jak to świetnie, że się udało i że ja też bym chciała.

I zapytałam ciebie, jak ci się to udało i odpowiedziałaś, że jak czegoś bardzo chcesz i o tym myślisz, to w końcu to do siebie przyciągniesz. I wtedy już nie przestałam o tym myśleć choćby na sekundę. Także to, że pojechałam to też twoja zasługa, za która ci bardzo dziekuję.

[Martyna] – Ola, to bardzo miłe – dziękuję!

Dzisiaj sobie myślę, że ta rada brzmi całkiem jak magia… ale zarówno dla Ciebie, jak i dla mnie to zadziałało. Nawet teraz, po latach nie znajduję innego wyjaśnienia, jak to możliwe, że to, o czym tak głęboko od serca, z samego środka ciągle się myśli, może się tak szybko materializować.

Wracając do rozmowy – powiedz, jak zamieszkanie w Indiach, Dubaju, Kolorado i Szwecji Cię zmieniło?

[Ola] – Nie wiem, czy to te miejsca, w których mieszkałam mnie zmieniły, czy może raczej ludzie, których poznawałam po drodze. Bo kraj jak kraj, wszędzie można się dopasować.

A to, czy będzie łatwo, czy trudno zależy w dużej mierze od osób, które spotykasz. To, czego się nauczyłam, to nie oceniać książki po okładce i to w obie strony. Czasem wydaje ci się, że ktoś ci nieba uchyli, a tak naprawdę to diabeł w obłokach. I w drugą stronę podobnie.

To, czego na przykład teraz chciałabym się nauczyć od Szwedów to spokoju, opanowania i szacunku do samego siebie podczas pracy. Chociaż przy moim temperamencie to chyba jednak niemożliwe, tu każdy wie, że ja nie mogę być stąd.

[Martyna] – A jakie są 2 najważniejsze rzeczy, których się nauczyłaś często zmieniając miejsce zamieszkania?

[Ola] – Upewniłam się w tym, że to ja jestem nowa. Że ja jestem u kogoś, jestem gościem i powinnam się dostosować.

A drugie to nie bać się stawiać wszystkiego na jedną kartę, nauczyłam się tego, że wszystko się może zdarzyć. Kiedy nie ma chwili na zastanowienie, trzeba działać, a później to wszystko się jakoś ułoży.

[Martyna] – Gdybyś miała się teraz przeprowadzić, gdzie byś zamieszkała?

[Ola] – Jakoś o tym nie myślałam… Kiedyś dostałam propozycję przeniesienia się do Hongkongu i odmówiłam. Później przez chwilę żałowałam, że nie pojechałam, więc gdybym teraz mogła, to pewnie bym skorzystała.

[Martyna] – Mieszkasz teraz w Szwecji od 6 lat. Jakie są Twoje ulubione aspekty życia w Skandynawii?

[Ola] – Niestety nie mogę powiedzieć, że pogoda, bo to chyba właśnie ona rozczarowuje najbardziej. Ale lubię mieć tę świadomość, że za wykonaną pracę będę miała odpowiednie wynagrodzenie, też to, że nigdy nie spotkałam się z tym, że jestem lekceważona przez to, że nie jestem stąd.

Podoba mi się wolność wyznania, orientacji, nikt mi nie powie: a co ty tutaj robisz? To, że jak ciemnoskóra osoba nazwie się Szwedem to tym Szwedem jest. I nikt tego nie neguje. Tutaj każdy kocha kogo chce, ubiera się jak chce, robi co chce i jak chce. Wiadomo, wszystko w granicach norm i bez szkody dla innych.

Lubię też małą sobotę, tak tu mówi się na środę. Wtedy wychodzi się do baru, żeby przełamać tydzień. Ciekawe jest też to, że w Szwecji co druga rzecz do jedzenia ma swoje święto i to takie bardzo poważne święto!

Lubię właśnie takie proste rzeczy. Jeszcze na przykład to, że kiedy kupię bilet miesięczny to mogę jeździć tam i z powrotem cały dzień, każdym możliwym transportem – nawet wodnym autobusem! Albo to, że jak pójdziesz do wesołego miasteczka i będziesz grała w zrzucanie butelek, czy strzelanie do kaczek to jest duże prawdopodobieństwo, że wygrasz. Takie małe rzeczy mi się podobają, nie jakieś cuda. Może ktoś się będzie śmiał, ale mi to się podoba.

[Martyna] – Ola, to naprawdę piękne podsumowanie naszej rozmowy. Myślę, że tak długo, jak cieszą nas małe rzeczy, to żyjemy swoim najpiękniejszym życiem. Dziękuję za to, że podzieliłaś się swoją historią!




Pobierz tutaj -> http://bit.ly/DarmowyDziennikDoDruku





Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *